RSS
piątek, 28 stycznia 2011
Sylwetki nowych Interistów

Zimowe okienko transferowe powoli dobiega końca. Inter Mediolan po zakontraktowaniu Andrea Ranocchia, dopiero pod sam koniec przyśpieszył tempo działania. Praktycznie na pewno do drużyny ze stolicy Lombardii trafi Houssine Kharja z Genoi. Bliski finalizacji jest także transfer Giampaolo Pazziniego, także z tego samego miasta, lecz z odwiecznego rywala Rossoblu – Sampdorii.

„Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma…”

Pierwszy zawodnik pochodzi z Maroka, jednak posiada obywatelstwo francuskie. Urodził się 9 listopada 1992 roku. W swojej bogatej karierze miał okazję bronić barw m.in.: Sportingu Lizbona i Sieny, a od 2009 roku jest graczem Fc Genoi. Zadanie 28-latka jest proste. Przede wszystkim załatać lukę po odchodzącym Sulleyu Muntarim. Wydaje mi się, że Moratti i spółka długo nie zastanawiali się nad następcą Ghańczyka. Głównym celem postawionym Brance przez właściciela było znaleźć, ogranego i w miarę taniego zawodnika. Kharja spełnia obydwa kryteria, a  ponadto przyjacielskie stosunki Morattiego z prezydentem Rossoblu – Enrico Preziosim, znacznie ułatwiły sprawę. Marokańczyk z francuskim paszportem prawdopodobnie zamieni swój obecny zespół na Inter, na zasadzie wypożyczenia, jednak jeśli piłkarz udowodni trenerowi, działaczom i kibicom swoją wartość zapewne zwiąże się z mediolańskim zespołem na dłużej. Gracz ten jest wyceniany przez obecny zespół na 3,4 miliony €.

A jakie cele może postawić sobie sam zawodnik? Nie wydaje mi się, jakoby sam Kharja skazał się od razu na pożarcie, ze strony bardziej utytułowanych kolegów. Jednak w odróżnieniu od Muntariego, Houssine preferuje grę na pozycji ofensywnego pomocnika, nazywanego również trequartistą. Może być on również „fałszywym” napastnikiem. W Interze ta rola przypada Sneijderowi, więc raczej nie będzie on mógł liczyć na grę w tym miejscu, tak jak to miał okazję występować w Genoi, czy jeszcze wcześniej w Sienie. Gracz pomimo wielu aspiracji do grze w ofensywie, bez problemu może grywać na dokładnie tej samej pozycji co Ghańczyk. Do jego atutów należy waleczność i wola walki, czego odwrotność niekiedy można było zauważyć u 26-letniego „Muntara”. Jego karierę w Rossoblu przyćmiła nieco kontuzja, która wykluczyła go z piłki na pół roku. Czy w Interze na nowo odżyje?

Pazzini idealny dla Interu?

Drugim, o wiele głośniejszym zakupem, jest przyjście dotychczasowej gwiazdy Sampdorii – Giampaolo Pazziniego. 26-letni napastnik pochodzi z Pescii. Karierę zawodniczą rozpoczynał w Atalancie, skąd w późniejszym czasie trafił do Fiorentiny. We Florencji początkowo tworzył parę napastników wraz z Adrianem Mutu, jednak transfer Gilardino z Milanu przekreślił jego plany na pierwszy skład Violi. To właśnie ten moment okazał się przełomowym w karierze Giampaolo, który jako nowego pracodawcę wybrał sobie drużynę Sampy. W nowym klubie z miejsca stał się kluczową postacią i ulubieńcem kibiców miejscowego zespołu. Razem z Antonio Cassano stworzyli niezwykle groźną dwójkę snajperów, przez co mogli zagrozić nawet najlepszej defensywie we Włoszech.

Bardziej przydatny niż Sanchez?

Od jakiegoś czasu pojawiały się także spekulacje na temat ewentualnego transferu Alexisa Sancheza z Udinese. Do tego nie doszło, lecz nie ma powodów do zmartwień.

Po dłuższych przemyśleniach, doszedłem do skutku, że zakup Pazziniego może okazać się o wiele lepszym posunięciem, jakoby Chilijczyka. Nie jest tajemnicą, że Inter w tym momencie potrzebował napastnika jak manny z nieba, więc to pierwszy aspekt, dla którego dobrze, iż Włoch przywędrował na Giuseppe Meazza. 22-letni – zawodnik Udine, występuje przecież zazwyczaj na pozycji prawego skrzydłowego i to nie do jego obowiązków należy zdobywanie bramek. Chociaż Sanchez jest niezwykle kreatywny, tę rolę może objąć po kontuzji Sneijder, ważne by ktoś miał wykończać jego genialne podania oraz równie piękne dośrodkowania Maicona. 26-latek posiada do tego wszelkie potrzebne uprawienia, przez co to do jego obowiązków, będzie od dzisiaj zdobywanie bramek dla Czarno – niebieskich. Oczywiście nie śmiem wątpić, że wyróżniający się niską posturą – piłkarz Bianconerich nie znalazłby miejsca w Interze, lecz na ten moment, to pozycja napastnika wymaga wzmocnień, skrzydło ewidentnie może poczekać…

Eto’o, Milito, Pandev… Czyli o tym dla kogo miejsce w składzie, a dla kogo nie.

Nie ulega wątpliwości, że Leonardo ma w swojej kadrze, prawdziwych profesjonalistów. W linii ataku, również nie trudno ich znaleźć.

Mając do dyspozycji Eto’o, Milito, Pandeva i Pazziniego, brazylijski trener będzie musiał odstawić na ławkę przynajmniej jednego, przy systemie z trzema napastnikami. A co jeśli zdecyduje się na grę dwójką z przodu?

W tym momencie wydaje mi się, że to Samuel Eto’o może liczyć na najwięcej uznania od trenera zespołu. Jest on bowiem najlepszym strzelcem, więc trudno byłoby go odstawić na bok. Chyba tylko, gdyby dopadła go słabsza dyspozycja, ale o to osobiście się nie boję. Drugim napastnikiem… i tutaj pojawia się problem. Milito, Pandev i Pazzini to uznane nazwiska, jednak któryś z nich, a może nawet dwóch będzie musiała ustąpić. Najbliżej rezerwy wydaje się być Goran Pandev, który przechodzi kryzys formy. Strzela mało, co jest koniecznością, w byciu snajperem. Milito również nie zachwyca. Od dłuższego czasu jest częściej nękany przez kontuzje. Przez to właśnie, kiedy już znajdzie się na placu gry, marnuje stuprocentowe okazje. Ale jeśli po powrocie z przymusowego odpoczynku, znów zacznie strzelać, tak jak miało to miejsce w zeszłym sezonie, chcąc czy nie chcąc Leo będzie musiał posadzić Włocha na ławce lub ewentualnie zmienić ustawienie pod trójkę. To drugie byłoby chyba najlepszym rozwiązaniem, bo żal rezygnować z usług któregokolwiek.

Do ciekawostek należy zaliczyć fakt, że w poprzednich rozgrywkach Pazzini, grając w barwach Sampdorii zdobył w wyjazdowym spotkaniu z Romą dwa trafienia, dzięki którym dał Interowi możliwość prześcignięcia Rzymian w ligowej tabeli.

09:21, daniinter
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 stycznia 2011
Nowa potęga, nie tylko w Premier League?

Manchester United, Chelsea Londyn, Arsenal i Liverpool. Jeszcze dwa lata temu nikt nie pokusiłby się o stwierdzenie, że któraś z tych ekip mogłaby wypaść z czwórki najlepszych angielskich zespołów. Potocznie nazywanej „Wielką czwórką”.

Przez ten okres czasy się zmieniły. Poważniejsze problemy finansowe Liverpoolu zdążyły przynajmniej na razie wyeliminować  The Reds z walki o tytuł mistrza Anglii. Absencja drużyny z Anfield Road, pozwoliła na rozwinięcie skrzydeł takim zespołom jak: Man City czy Tottenham. O ile Ci pierwsi na budowę drużyny przeznaczyli naprawdę „grube” miliony, to „Koguty” swoją świetną postawą, zarówno w klubie i na rynku transferowym wysunęli się na szczyt bez takich ewentualności.

Nowa era na White Hart Line

Słabe wyniki Tottenhamu od samego początku sezonu 2008/2009, doprowadziły do drastycznych kroków zarządu Spurs, który zdecydował się pożegnać z funkcji trenera Hiszpana – Juande Ramosa. Schedę po nim natychmiastowo powierzono równie doświadczonemu, prowadzącemu dotychczas Portsmouth – Harremu Redknapp’owi. Pierwszy sezon nie był może wyśmienity w wykonaniu Redknappa i spółki, jednak pierwszym, głównym celem postawionym przez nowego bossa, było wprowadzenie klubu do górnej części tabeli. W ostatecznym rozrachunku zespołowi przecież się udało, gdyż na koniec rozgrywek klub na czele z charyzmatycznym menadżerem zajął pewne ósme miejsce. Poprawę widać było także w grze zawodników, którzy pod wodzą Harrego odzyskali w sobie „to coś”… Znowu uwierzyli w siebie samych, czego świadkami mogliśmy być już w kolejnym sezonie, ale przejdźmy może do rzeczy…

2009/2010

Zespół z północnego Londynu rozpoczął nowy sezon z niewielkimi rotacjami w składzie. Do drużyny trafili tylko gracze z byłego klubu obecnego szkoleniowca Spurs – Portsmouth, w osobach pomocnika Niko Kranjcara  i rosłego napastnika Petera Croucha. Przedsezonowe przygotowania dały odpowiedni skutek, czyli dobre wyniki coraz ambitniejszego zespołu. Miesiąc po miesiącu, Tottenham trzymał się całymi siłami w ścisłej czołówce ligi, będąc na trzeciej, czwartej, bądź czasami piątej pozycji. Z dnia na dzień młoda ekipa zbierała coraz to większą ilość pochwał, oczywiście w pełni zasłużonych. Główne skrzypce w londyńskim zespole odgrywała trójka: Modrić – Defoe – Crouch, potrafiąca niejednokrotnie zachwycić dużą rzeszę fanów, nie tylko „Kogutów”. Ciekawie pokazywał się także piekielnie szybki Aaron Lennon, przy którego dryblingach, ręce same składały się do oklasków. Czas mijał, aż w końcu przystał maj, okres w którym we wszystkich ligach zaczyna stawać się najciekawiej. Tak też było w Anglii, gdzie na kilka kolejek przed końcem szanse na czwartą lokatę miało aż cztery zespoły, w tym niedoceniany we wcześniejszych latach Tottenham. Ekipa pod wodzą 63-letniego Harrego Redknappa znajdowała się najwyżej spośród owej czwórki. Resztę stawki stanowiły: Manchester City, Aston Villa i Liverpool. Więc nie byle kto, a drużyny mające ogromne predyspozycje, na to by zakończyć kilkuletnie panowanie „Wielkiej czwórki”. I stało się. The Reds pod kierunkiem Rafy Beniteza nie zdołali odrobić kilkupunktowej straty, a passa została przerwana. Mistrzem Anglii została Chelsea, a czwartą drużyną bieżącego sezonu właśnie Tottenham Hotspur. I choć to The Blues po czterech latach trwogi sięgnęło w końcu po najważniejsze angielskie trofeum, kibice z White Hart Line również okazywali radość i dumę ze swoich ulubieńców, którzy prawdę powiedziawszy zdecydowanie spisali się na medal, kwalifikując się do eliminacji Ligi Mistrzów. Po tak udanym sezonie, sympatycy klubu z niecierpliwością oczekiwali na start kolejnych rozgrywek.

Liga Mistrzów i geniusz Bale’a

Cele postawione przez klub jak i przedsezonowe prognozy mediów dawało się odczuć „po kościach” zawodników. Spore oczekiwania nałożone na solidny, lecz niedoświadczony zespół stawały się z jednej strony miłe, lecz z drugiej nurtujące. Budowany od fundamentów klub może przecież „zjeść” presja. W okresie wakacji nie obyło się bez wzmocnień. Po wypożyczeniu Stipe Pletikosy, już w połowie sierpnia do drużyny dołączył utalentowany Brazylijczyk – Sandro. 21-latek, którego poprzednim klubem był Internacional, głównie przez znakomite warunki fizyczne przypominał młodego Patricka Vieirę. Jakiś czas później poinformowano o zakontraktowaniu Williama Gallasa, znanego z występów m.in. w: Chelsea i ostatnio Arsenalu. Jednak nie były to jedyne głośne zakupy na White Hart Line. Pod sam koniec okna, doszło do naprawdę spektakularnej transakcji. Mowa o kupionemu z Realu Madryt, Rafaelu Van der Vaarcie. Holender złożył podpis pod czteroletnią umową. I tak ze wzmocnioną kadrą i nowymi nadziejami Londyńczycy wystartowali w sezonie 2010/2011. Ruszyły rozgrywki ligowe, ale też i eliminacje do Ligi Mistrzów. Drogą losowania rywalem Redknappa i spółki okazał się być szwajcarski Young Boys. Nie trudno było upatrywać faworyta dwumeczu, jednak w pierwszym starciu obu ekip los spłatał  wszystkim figle. Gospodarze z Berna zaskoczyli nawet własną publiczność, wygrywając z bardziej znanym przeciwnikiem do 30. minuty przewagę trzech bramek. Dopiero usilne starania gości pozwoliły częściowo odrobić straty z trzech na jedno trafienie do tyłu. Pomimo porażki to „Koguty” zdawały być się lepszej sytuacji przed rewanżem.  Swoją wyższość udowodniły od samego początku aż do końca meczu, gdzie Anglicy rozgromili przyjezdnych 4:0. Absolutnie kluczową postacią Tottenhamu w tym spotkaniu był niesamowity Gareth Bale, który co rusz uciekał Szwajcarom swoimi rajdami. Tym sposobem dwukrotni mistrzowie Anglii będą mieli okazję zadebiutować w rozgrywkach Champions League. Kiedy 25 sierpnia los przydzielił im triumfatorów poprzedniej edycji – Inter oraz Werder i Twente zadanie wywalczenia awansu wydawało się być niełatwą sprawą… W debiutanckim meczu turniejowym na arenie międzynarodowej, podopieczni Harrego Redknappa udali się do Bremy, gdzie jako rywala otrzymali niemiecki Werder. Dwukrotne prowadzenie graczy gości, nadrobili w końcu Zielono – biali, których wytrwałe dążenie do celu nie poszło na marne. Mecz zakończył się remisem 2:2. Następne w kolejce, dwa tygodnie później czekało holenderskie Twente. Gracze z Enschede znaleźli się w Champions League po okazaniu wyższości w rodzimej lidze. Wyjazd do Londynu nie okazał się jednak tak wesoły. Wyrównana walka po 45. minutach, ale kompletna dominacja Spurs w drugiej części dała upust rywalom, rozprawiając się z nimi 4:1. Prawie miesiąc w przód, stało się to, na co czekali zarówno sympatycy Tottenhamu jak i Nerazzurrich. Teoretycznie i praktycznie najsilniejsze drużyny w grupie A miały stoczyć bój na Stadio Giuseppe Meazza w Mediolanie. Tak się stało. W pierwszej połowie istniała tylko jedna drużyna – Inter. Mistrzowie Włoch gromili angielski zespół 4:0. Kiedy wydawało się, że Interiści zostawili sobie kilka bramek w zanadrzu na drugie 45. minut, przebudzili się przyjezdni. Defensywa Nerazzurrich trzykrotnie nie poradziła sobie z walijskim skrzydłowym Garethem Bale’m. 21–latek popisał się dryblingiem oraz kunsztem strzeleckim. Niekiedy nawet napastnik mógłby mu go pozazdrościć. W następnej kolejce role się odwróciły, a spotkanie przebiegało pod dyktando gospodarzy z White Hart Line. Kompletna dominacja „Kogutów” zaowocowała zdobyciem trzech trafień, na które Inter odpowiedział tylko jednym. Dwa pozostałe mecze to zwycięstwo nad Werderem oraz podział punktów z Twente. To właśnie zawodnicy „brudnego Harrego” zwyciężyli w grupie A, udowadniając niedowiarkom wyższość nad bardziej utytułowanymi Mediolańczykami, czy ogranymi w tych rozgrywkach Bremeńczykami. Tottenham będzie mógł powtórzyć swoje wyczyny z Interem już w 1/8 finału rozgrywek, gdyż rywalem wskazanym drogą losowania został inny mediolański klub, a mianowicie Ac Milan. Pierwsze starcie obu ekip zostanie rozegrane właśnie na Meazza.

Dobry u siebie, gorszy na wyjeździe

Co łączy ekipę Tottenhamu z Manchesterem United? Nie, nie transfery Berbatowa i Carricka. A to, że obydwie drużyny prezentują dobrą piłkę na własnym terenie, zaś kiedy grają na wyjeździe idzie im słabiej. W tym przypadku Diabły w najgorszym razie remisują, gorzej wygląda sytuacja piątej obecnie siły Premier League, która to dotychczas zgarnęła na wyjeździe tylko 14 punktów. Czy to doping własnych kibiców sprawa, iż na White Hart Line piłkarze Redknappa grają jak natchnieni? Kiedy przyjdzie im zagrać na innej murawie, automatycznie coś się w nich zamyka. W czym tkwi problem? Trudno powiedzieć, jednak jak najszybsze jego rozwiązanie mogłoby nawet lepiej niż dobrze wpłynąć na morale zespołu, który u siebie jest w stanie pokonać Barcelonę, natomiast na wyjeździe dać się ograć komuś z zaplecza tabeli.

 

Plany na przyszłość

Pod sam koniec mojego wpisu, nasuwa się pytanie: „Jakie cele może postawić sobie zespół pokroju Tottenhamu Hotspur?” Według mnie drużyna wpierw powinna skupić się na rodzimej lidze, aby powtórzyć wyczyn z zeszłego sezonu lub nawet pokusić się o jeszcze bardziej kuszące lokaty. Chodzi przecież o to, aby zadomowić się na stałe w czołówce Premier League. Następnie spróbować zdziałać co nieco w Europie, gdzie z pewnością dawka świeżej krwi nie powinna zaszkodzić. Osobiście jestem zdania, że Tottenham jest w stanie wyeliminować z walki o Ligę Mistrzów, sam Milan. Najważniejsze jest to, by nie dać się zdominować na San Siro, tak jak mogliśmy być świadkami podczas potyczki z Interem. Jeśli zespół przegra golem, no może dwóch, zdobywając przy tym honorowe trafienie, jestem prawie pewien, iż przed własną publicznością podoła wyzwaniu i pokona Rossonerich przynajmniej kilku bramkową przewagą. Ale nawet, jeśli jakimś cudem udałoby się wygrać we Włoszech nie wolno przede wszystkim zlekceważyć rywala, który jest niezwykle doświadczony na arenie międzynarodowej. Futbol jest przecież nieobliczalny i wszystko może się w nim zdarzyć, prawie wszystko.

15:15, daniinter
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 stycznia 2011
Kto powalczy o triumf w Ligue 1?

Francuska Ligue 1... Chyba nikomu nie trzeba dokładniej przedstawiać tej ligi. Jednak pomimo wielu świetnych indywidualistów w osobach poszczególnych graczy, poziom w tych rozgrywkach stał się jeszcze bardziej wyrównany, o czym świadczą minimalne różnice punktowe między większością zespołów. We wpisie tym pragnę przeanalizować szanse na mistrzostwo przez kluby z czołówki tabeli (1-6) i ocenić je następnie w procentach.

Toulouse FC

Na początek zacznijmy może od drużyny, która swoją siedzibę mieści w Tuluzie. Zespół prowadzony przez Alaina Casanovę zajmuje po 20 kolejkach, szóstą lokatę, mając w swoim dorobku 30 punktów. Ekipa ze Stadionu Municipal traci do piątej Marsylii 2 oczka, zaś do lidera 8.

Mocne strony:

Chociaż Toulouse nie zalicza się może do światowych elit, ma w swoich szeregach kilku solidnych i obiecujących zawodników. Zdecydowanym liderem i mózgiem drużyny jest Moussa Sissoko, który stylem gry przypomina samego Estebana Cambiasso. Jednym z czołowych postaci można, a nawet trzeba również nazwać portugalskiego pomocnika, wychowanka Fc Porto - Paulo Machado. Talent młodego wciąż rozgrywającego rozbłysnął dopiero po transferze na francuskie boiska. Najpierw, jednak nie odkryli się na nim działacze Smoków, którzy z sezonu na sezon odsyłali 24-latka najpierw do klubów z Portugalii, by przed sezonem 2008 -09 wypożyczyć go do Saint Etienne. W nowym otoczeniu, Machado z miejsca zyskał sympatie nowych kolegów, by po kilku kolejkach stać się czołowym graczem pierwszego zespołu. To właśnie, gdy ten grał w Zielonych, wzniecił zainteresowanie swoją osobę przez Tuluzę i zaraz po zakończeniu ówczesnych rozgrywek stał się nowym piłkarzem zespołu walczącego z roku na rok o najwyższe trofea na francuskiej arenie. Do gwiazd „TFC” z pewnością zaliczyć trzeba także norweskiego skrzydłowego, Daniela Braatena. Gracz, który ma za sobą krótki epizod w Premier League, wylądował we Francji w 2008 roku, jako część rozliczenia za Szweda Johana Elmandera. 28-latek również szybko wpasował się do drużyny. W tym sezonie wraz z wyżej wymienionych Portugalczykiem zdobyli po cztery bramki. Są to niepodważalnie największe atuty, szóstej siły Ligue 1, co być może zaowocuje transferem do dobrego, europejskiego zespołu. Nie stanie się to jednak w zimie, gdyż prezydent  – Olivier Sadran zapowiedział, że nie pozwoli odejść kluczowym zawodnikom, co najmniej do końca bieżących rozgrywek.

Słabe punkty:

Najsłabszym ogniwem w zespole jest zdecydowanie linia ataku. Najlepszy strzelec zdobył jak do tej pory ledwie trzy trafienia... Na próżno szukać w drużynie snajpera z co najmniej jednym golem na koncie strzeleckim. Jeśli władze klubu jeszcze w styczniu nie sięgną do portfela, dalsza sytuacja „TFC” może nie być aż tak wesoła. W tym przypadku napastnik wydaje się potrzebny niczym manna z nieba.

Szanse na mistrzostwo: 4%

 

Olympique Marsylia

Tak jak miałem okazję wspomnieć wcześniej, 5 lokatę piastuje zespół ze Stade Velodrome. mistrzowie Francji zawodzą, lecz ciągle liczą się w walce o tytuł mistrzowski.

Mocne strony:

Trener „Les Phoceens” nie może narzekać na piłkarzy mających do swojej dyspozycji. Przynajmniej w teorii, ponieważ w zespole dziewięciokrotnych Mistrzów Francji aż roi się od znanych i wyrobionych nazwisk. Najlepszym graczem Marsylii jest bez wątpienia, pozyskany w lecie 2009 roku z Porto, argentyński pomocnik Lucho Gonzalez. W obecnych rozgrywkach w dużej mierze odciąża napastników swojej drużyny w zdobywaniu bramek. Obecnie ma na koncie 7 trafień i razem z Loicem Remy'm oraz Andre Pierre Gignacem są najskuteczniejszymi „asami" w piątej sile Ligue 1. Ważną rolę w zespole odgrywają również Gabriel Heinze i Taye Taiwo, którzy z powodzeniem bronią dostępu do bramki strzeżonej przez Steve'a Mandandę, także jednej z gwiazd Marsylii.

Słabe punkty:

Słabych stron, trudno szukać w kadrze drużyny, gdyż zawodnicy Ci to jak najbardziej gwiazdy na francuskich boiskach. Być może Marsylia posiada nawet najmocniejszą kadrę w całej Ligue 1. Największym problemem ekipy prowadzonej przez Didiera Deschampsa jest brak stabilizacji formy. Jedno zwycięstwo jest zazwyczaj przeplatane remisem, bądź porażką. W ten sposób wyglądała prawie cała pierwsza połowa w ich wykonaniu. Gdyby problem został jak najszybciej zażegnany, nic nie stoi na przeszkodzie, aby Lucho i spółka na nowo zaczęli liczyć się w walce o najważniejsze trofeum we Francji.

Szanse na mistrzostwo: 15%

 

Olympique Lyon

Czwarte miejsce w lidze należy jak na razie do zawodników Lyonu. Zarząd jak i kibice wierzą z całego serca w swój zespół. W tym przypadku strata punktowa wydaje się nie duża, więc rywalizacja o końcowy triumf zdaje się nabierać rumieńców.

Mocne strony:

Lyon tak jak w przypadku Marsylii także dysponuje potężnym składem. Najciekawiej prezentuje się chyba linia ataku, gdzie Claude Puel ma do dyspozycji wybornego Lisandro Lopeza oraz utalentowanego Bafetimbiego Gomisa. Pierwszy z nich pokonywał bramkarzy rywali dziesięciokrotnie, zaś młodszy kolega jeden raz mniej. Innym zawodnikiem potrafiącym zadecydować o losach spotkania jest Brazylijczyk Michel Bastos. 27-letni skrzydłowy dzięki swoim popisom przykuł na siebie uwagę scoutów największych europejskich marek. Reprezentant Brazylii specjalizuje się w rzutach wolnych, które wykonuje, krótko mówiąc do perfekcji. Mieć w swoim zespole kogoś o podobnych predyspozycjach to prawdziwy skarb. Ważnym ogniwem w układance Puela jest też Yoann Gourcuff. Zakupiony za ogromne pieniądze Francuz, może nie do końca spełnił pokładane w nim nadzieje, jednak niejednokrotnie potrafi dosłownie „zaczarować” futbolówkę, w taki sposób, iż ta słucha się go w pojedynkach jeden na jednego z obrońcami rywali. Do mocnych stron zaliczyć trzeba również cenne doświadczenie, które zespół zebrał podczas totalnej dominacji, wygrywając ligę kilka razy z rzędu. Jest ono niezwykle przydatne.

Słabe punkty:

I tu również posłużę się przykładem Marsylii. Podobnie jak mistrzowie Francji, Lyon musi ustabilizować swoją formę. Wówczas będzie groźny, nie tylko na krajowych arenach, ale także na międzynarodowych może powtórzyć sukces sprzed roku, jakim niewątpliwie nazwać trzeba awans do półfinału Champions League. Nie widzę innego powodu, dla którego „Les Gones" nie mieliby sięgnąć po tytuł i na nowo rozpocząć swoją dominację na krajowych boiskach.

Szanse na mistrzostwo: 30%

 

Stade Rennes

Na trzeciej pozycji znajduje się Rennes, które ma na koncie 34 punkty, a więc tyle co Lyon. O tym, a nie innym miejscu zadecydował lepszy bilans bramek Czerwono-czarnych, którym udało uzbierać się 22, a stracić 12.

Mocne strony:

Victor Montano. Nazwisko mało komu znane, jednak to ten napastnik stanowi w dużej mierze o sile zespołu z Reute de Lorient. Pomaga mu w tej roli Jires Kembo-Ekoko, również grający na pozycji atakującego. Trzecim zawodnikiem, który odgrywa ważną rolę w ekipie Rennes, jest były piłkarz m.in. Interu i Racingu - Stephane Dalmat. Doświadczenie Francuza sporo wpływa na postawę zespołu w meczach o stawkę. 31-latek potrafi dyrygować mniej ogranymi kolegami i umie udźwignąć ciężar gry w trudnych momentach dla drużyny. Mocny punkt stanowi defensywa Rennes. Świadczy o tym zaledwie 12 straconych bramek. Występujący na tej samej pozycji, jednak kilka lat młodszy Yann M'Vila nie jest póki co gwiazdą światowego formatu, lecz coraz więcej rozpisuje się na temat jego przeprowadzki do wielkiego klubu. Jeżeli 20-latek będzie prezentował się tak wybornie w kolejnych meczach, nic nie stoi na przeszkodzie by tak się stało.

Słabe punkty:

Zdecydowanie najwięcej problemów w tej drużynie sprawia nieskuteczność napastników. Nie wiem czy to tak defensywne ustawienie, czy też rzeczywiście gorsza formacja sprawia, że efekt jest jaki jest. Tylko 22 strzelone gole nie powalają na kolana. Jeśli problem istnieje to prawdopodobnie tylko transfer solidnego snajpera może rozwiązać dręczący kłopot.

Szanse na mistrzostwo: 5%

 

Paris Saint Germain

Na półmetku rozgrywek wiceliderem pozostaje drużyna PSG, która również zgromadziła 34 oczka. Czy „Les Parisiens” dotrwają na tej pozycji do końca sezonu, czy może zamienią ją na lepsze lub gorsze?

Mocne strony:

Real ma Ronaldo, PSG – Nene. Brazylijczyk od początku obecnego sezonu gra coraz to lepiej, co pokazuje 13 zdobytych trafień. Nic nie wskazuje na to, by skrzydłowy miał na tym poprzestać. Reszta zespołu wygląda wyrównanie. Młody, zdolny i perspektywiczny Sakho, waleczny Sessegnon, doświadczony Giuly, dobrze zbudowany Hoarau, stanowią idealne dopełnienie dla PSG, które z sezonu na sezon wydaje się okazywać coraz to lepszy i ładniejszy dla oka poziom piłkarski. Budowana na nowo drużyna, pod selekcją utalentowanego menadżera – Antoine Kombouare ma szansę w końcu zawojować rodzimą ligę. Czy im się uda?

Słabe punkty:

Przy ładnie wyglądającej kadrze, najgorzej prezentuje się pozycja bramkarza. Będący na skraju przygody z piłką – Gregory Coupet i młody, nie mający jeszcze zbyt dużo doświadczonia – Edel Apoula to za mało na klub, którego celem jest walka o najważniejsze trofeum we Francji, a później być może w Europie. Zarząd powinien czym prędzej przemyśleć kupno nowego golkipera, aby ten mógłby być następnie etatowym bramkarzem paryskiej ekipy. Dodatkowo podopieczni Kombouare'a wydają się nie w 100% zgrani, czego można zaświadczyć, wzorując się na statystykach PSG. 9-7-4 nie powala na kolana, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Szanse na mistrzostwo: 15%

 

Lille OSC

Zbliżając się do końca podsumowania, przystało w końcu napisać o pracodawcy zawodnika z polskim paszportem, Ludovica Obraniaka. „Les Douges”. Zespół naturalizowanego Polaka zadziwia kibiców we Francji, pewnie przewodząc w tamtejszej lidze, z dorobkiem 38 punktów, mając ponadto cztery oczka więcej nad drugim zespołem.

Mocne strony:

W pierwszej drużynie ligi, najciekawiej wygląda linia ataku. Przechodzący chyba sezon życia Moussa Sow i niesamowity Gervinho potrafią rozpracować nawet najlepszą obronę na świecie. 38 zdobytych goli robi różnicę, chociażby przy 17 Montpellier. 19-letni Belg Eden Hazard także robi furorę na boiskach pierwszej ligi francuskiej. I to głównie przez dwójkę Gervinho – Hazard, nasz Ludovic musi coraz częściej godzić się z rolą rezerwowego w swojej drużynie. Obrona Lille również jest niczego sobie. Prowadzona przez „dyrygującego" Adila Ramiego,  dopuściła na stratę tylko 21 goli. Czyżby szykował nam się kolejny francuski gigant?

Słabe punkty:

Jedynym i najsłabszym ogniwem w zespole Lille jest brak doświadczenia na rodzimej arenie. Gracze pod wodza trenera Rudiego Garcii jeszcze nigdy nie mieli okazji przewodzić na samym szczycie tabeli, co może w najgorszym razie odwrócić się przeciwko nim samym.

Szanse na mistrzostwo: 30%

 

Końcowy ranking prezentuje się następująco:

Toulouse: 4%

Rennes: 5%

Reszta stawki: 1%

Marsylia i PSG: 15%

Lyon i Lille: 30%

Moim zdaniem to właśnie te dwie drużyny mają szansę na ostateczne sięgnięcie po tytuł. Lyon, zważywszy na swoje długoletnie doświadczenie, którego trzeba im tylko pozazdrościć. Lille, natomiast, gdyż jeśli dalej będą grać rozważnie i z głową mogą jeszcze powiększyć przewagę nad resztą stawki.

O tych, którzy zawiedli...

Sporym rozczarowaniem należy nazwać brak w czołówce popularnych Żyrondystów, którzy brną gdzieś w środku stawki. Dziwić może słaba postawa drużyny Dariusza Dudki i Ireneusza Jelenia. Jeśli Auxerre nie zacznie grać lepszej piłki, zespół może znaleźć się nawet w strefie spadkowej. Miejmy nadzieję, że „AJA” zdoła się podnieść i awansować nieco wyżej w Ligue 1. Broniące się przed spadkiem Monaco również trzeba nazwać jako rozczarowanie. Patrząc przecież na ogromne sukcesy klubu, osobiście aż zdziwiłem się, że nie tak dawno walczyli nawet o Ligę Mistrzów. Może transfer Adebayora zmieni sytuację „Czerwono – białych”?

17:41, daniinter
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Real Madryt. Napastnik potrzebny czy nie?

Odkąd Gonzalo Higuain nabawił się groźnej kontuzji trener Realu, Jose Mourinho zaczął coraz mocniej naciskać na władze klubu, by te sprezentowały mu dodatkowego napastnika. Skutek jest jaki jest. W tej notce mam zamiar przeanalizować czy rzeczywiście Królewscy aż tak potrzebują nowego atakującego, a może czy dałoby się obejść bez niego?

 

Kiedy zespół na czele z Jose Mourinho dowiedział się o koniecznej operacji pleców 23 - letniego Higuaina, nikt nie robił z tego nie wiadomo jakiej paniki. Owszem każdy wiedział jaką rolę w drużynie miał ten jakże wyrafinowany snajper, jednak po co się denerwować, jak w obwodzie pozostaje przecież niedoceniony Karim Benzema?

Czas pokazał swoje. Benzema tak jak zapowiadano wcześniej, zastąpił Argentyńczyka. Czy godnie? Zawodnik, który trafił na Bernabeu za ogromne pieniądze z Lyonu zdobył ledwie jedną bramkę w lidze, a dziewięć we wszystkich dwudziestu ośmiu meczach, w których występował. Młodego wciąż Benzemę niejednokrotnie bronił Jose Mourinho. Portugalczyk chwalił go za wykonywaną pracę, jednak nakazał wziąć przykład z Cristiano Ronaldo. "On musi mieć obsesję na punkcie zdobywania bramek" - tak brzmi cytat słów popularnego The Special One. Osobiście jestem prawie pewny, że Jose chyba już zwątpił, iż Francuz stanie się kiedykolwiek motorem napędowym madryckiego zespołu.

Chwila, chwila... przecież mamy jeszcze wielkiego i boskiego Crisa. Wszyscy wiemy jaką siłę posiadają Królewscy w linii pomocy. Co więc stoi na przeszkodzie, aby z grającego zazwyczaj na prawym skrzydle Ronaldo zrobić wysuniętego snajpera? Na ławce siedzą bardzo dobrze zapowiadający się Pedro Leon i Granero. Przecież mogą w każdej chwili zastąpić na tej pozycji 25 - letniego, byłego asa Manchesteru United. Cris posiada dosłownie wszystko, by z miejsca stać się nowym, etatowym dostarczycielem goli (zapomniałem, on już nim jest). Jest piekielnie szybki, potrafi znakomicie dryblować, a co najważniejsze jest niezwykle skuteczny. Jednym słowem przykład idealnego napastnika.

Jednak czy warto psuć konstrukcję, która dobrze funkcjonuje? O ile mi wiadomo Real nigdy nie narzekał na brak gotówki, więc czy kolejne 15 czy 20 milionów były by tak dużym wydatkiem, patrząc na wyłożone 50 milionów za Kakę, 35 za Benzemę, czy 100 za Ronaldo? No właśnie. Na rynku znajduje się wielu graczy idealnie spełniających kryteria, by do końca rozgrywek zastąpić Higuaina.

Kandydaci:

Fernando Llorente (Athletic): Rosły, dobrze grający głową i strzelający dużo goli Hiszpan. Spełnia wszystkie wymagane kryteria przez Real. Wyceniany jest na około 15 milionów €. Aby go pozyskać trzeba się śpieszyć, gdyż angielskie kluby polują na niego od dłuższego czasu.

Emmanuel Adebayor (Man City): Również dobrze zbudowany zawodnik. W obecnym zespole nie może liczyć na regularne występy, więc transfer do stolicy Hiszpanii byłby dla niego jak grom z jasnego nieba. Cena za reprezentanta Togo także oscyluje w granicach 15 - 20 milionów €.

Carlos Tevez (Man City): Kolega z zespołu Togijczyka. Jednak jeśli chodzi o sytuację Teveza, to on w odróżnieniu od wyżej wymienionego ma stałe miejsce w ekipie The Citizens, tak więc i cena oczekiwana przez Szejków powinna być znacznie większa. Nie boję się stwierdzić, że zakup Argentyńczyka mógłby sporo wnieść do drużyny Realu, która potrzebuje w zespole kogoś takiego.

Fernando Torres (Liverpool): Reprezentant Hiszpanii to już znacznie droższy kąsek na rynku transferowym. Jego cena waha się w granicach 35 milionów. Obecnie przeżywa lekki kryzys formy, jednak gdy ją ma potrafi dać wiele dobrego swojemu pracodawcy.

Ruud Van Nistelrooy (Hamburg): W tym przypadku były Madritista sam zaproponował swój powrót na Santiago Bernabeu. Chodzi tu oczywiście o półroczne wypożyczenie. Kibicom Realu nie trzeba go przedstawiać, wystarczy cofnąć się kilka lat wstecz, by ujrzeć jego masowo zdobywane bramki dla Realu. Wiek zrobił swoje, jednak czy tak wybitny specjalista od strzelania goli mógłby całkowicie zapomnieć to w czym był najlepszy?

Hulk (Fc Porto): Szybki, zwinny i dobrze trzymający się na nogach Brazylijczyk. W tym sezonie robi prawdziwą furorę na portugalskich boiskach, lecz Hiszpania to duże wyższe progi. Opcja ta wydaje się dla mnie naprawdę kusząca.

Miroslav Klose (Bayern Monachium): Typowy lis pola karnego, lecz obecny sezon w jego wykonaniu nie powala na kolana. Niemiecki zespół chciałby jak najszybciej "opchnąć" 32 - latka, gdyż po zakończeniu rozgrywek wygaśnie jego umowa z klubem. Styczeń to ostatni moment na zarobienie jakichkolwiek pieniędzy za napastnika urodzonego w Opolu.

Miłośnicy Realu, mając do wyboru obydwie opcje, zapewne zdecydowaliby się na zakup nowego atakującego. Inne zdanie ma jednak prezydent, a to jego głos jest głosem decydującym. Może zmieni zdanie po meczu z Almerią?

09:53, daniinter
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 stycznia 2011
Turcja coraz ciekawszym rozwiązaniem?

Okno transferowe w pełni. W całej Europie wielkie, jak i te mniejsze kluby wzmacniają się i osłabiają. Interesująco robi się także w Turcji, gdzie jak do tej pory odnotowano kilka ciekawych transferów.

Portugalska kolonia w Besiktasie

Nie Fenerbahce, nie Galatasaray, lecz Besiktas zdecydował się na większy zimowy wydatek. Przedsezonowe aspiracje na tytuł mistrzowski nie odzwierciedlały postawy zawodników na boisku. Przynajmniej niektórych, bowiem działaczom, jak i klubowi spodobała się gra zakontraktowanego latem Ricardo Quaresmy. Na tyle, że Ci zechcieli namówić do występów w barwach Czarnych Orłów kilku jego rodaków, grających w solidnych europejskich markach. I udało im się. Do drużyny zdążyli trafić: Simao Sabrosa (Atletico), Manuel Fernandes (Valencia) i Hugo Almeida (Werder). Żaden z tej trójki nie zalicza się do średniaków, lecz do dobrych graczy. Co więc skłoniło ich do przeprowadzki do Stambułu? Pieniądze? Warunki atmosferyczne? Moim zdaniem obydwa z tych czynników miały spory udział w wyborze nowego zespołu przez wyżej wymienionych Portugalczyków. Obecnie tureckie zespoły nie należą do najbiedniejszych. Co o tym świadczy? Po pierwsze żaden z trenerów pokroju Bernda Schustera, czy Franka Rijkaarda nie zdecydowaliby się na pracę w biednej drużynie. Obaj przecież mieli okazję pracować w Barcelonie czy Realu. Klimat również musiał mieć swój udział przy wyborze nowego pracodawcy. Przecież rosyjskie zespoły władają o wiele większą kasą niż te tureckie, a spoglądając na kadry tychże ekip, może poza Zenitem wyglądają podobnie, bądź nawet gorzej od tych mających siedzibę w Azji Mniejszej. Ciepła i zdecydowanie lepsza do gry w piłkę pogoda sprawia, że przykładowo Argentyńczyk lub Urugwajczyk, mając wybór odejścia do Rosji i Turcji, decyduje się na odejście do tureckiej drużyny. Nie wliczam w to Serbów, Polaków ani Bułgarów itp., ponieważ jak wiadomo temperatury w tych krajach są przecież porównywalne i różnica dla jednego z drugim w razie odejścia jest niewielka.

Polskie akcenty

W styczniu jak wiadomo na transfer w końcu zdecydowali się bracia Brożkowie. Obaj niczym "papużki nierozłączki" znów wybrali ten sam kierunek. Nowym pracodawcą bliźniaków okazał się lider Super Ligi, a mianowicie Trabzonspor. Ulubieńcy kibiców z pod Wawelu podpisali umowy na 2,5 roku, dołączając tym samym do Arkadiusza Głowackiego, który na ten sam krok zdecydował się pół roku wcześniej. Bracia nie mają łatwego zadania, gdyż za konkurentów do miejsca w składzie mieć będą takie postacie jak Tayfun Kora, czy też Umula Buluta. Większe szanse na pierwszą jedenastkę wydaje się mieć napastnik Paweł, jednak niektóre przypadki pokazywały iż to ten niefaworyzowany wskakiwał do składu i miejsca już nie oddawał. O losie braci powinniśmy się przekonać w drugiej części sezonu. Razem z tą dwójką krakowski klub opuścił także bramkarz Mariusz Pawełek, który zasilił Konyaspor. 29 - latek nie będzie czuł się samotny, gdyż innym Polakiem zmieniającym polski zespół na turecki jest Marcin Robak. Napastnik znany z występów w Koronie i Widzewie również trafił do Konyasporu, wiążąc się z nowym pracodawcą 3,5 letnią umową. Transfer do Turcji wydawał się ostatnią szansę dla 28 - letniego napastnika do zmiany otoczenia. Może i Marcin mógłby odejść w lecie z Widzewa, jednak niekoniecznie nie na aż wysokie salony jak na niego. Nikt mu niczego nie zarzuca, lecz wiek 28 - lat nie rzuca na kolana, zważywszy iż w po całym globie aż roi się od talentów. Taka szansa prawdopodobnie by się już nie powtórzyła, dlatego też uważam ten krok za bardzo dobre posunięcie. Teraz trzeba trzymać kciuki za tego zawodnika i życzyć mu wszystkiego najlepszego. Kamil Grosicki z Jagielloni także poszedł w ślady starszych kolegów. Jednak on w odróżnieniu od wcześniej wspomnianych miał już przygodę z europejską piłką. Był on graczem Fc Sion, gdzie kompletnie się mu nie powiodło. Teraz gdy nadarzyła się okazja i zyskał trochę cennego bagażu doświadczeń postanowił znów wyjechać, lecz tym razem do Sivassporu, piętnastego zespołu tureckiej Super Ligi. W tym przypadku z wiekiem nie ma najmniejszego problemu. Nawet jeśli Grosikowi ponownie nie powiedzie się za granicą, chociaż życzę mu sukcesów z całego serca, może wciąż liczyć na angaż w polskiej ekstraklasie, lub nawet w jeszcze innym kraju.

Z PSV do Kayserisporu

Ponawiając temat ciekawych transakcji, warte uwagi są ponadto przenosiny niejakiego Nordina Amrabata z holenderskiego PSV do zespołu z kraju czterech mórz - Kayserisporu. Zawodnik rodem z Maroka nie mógł liczyć na regularne występy w barwach teamu z Philips Stadion, dlatego postanowił opuścić holenderski klub i związać się z nowym pracodawcą czteroletnim kontraktem. Wielkim zwolennikiem tego transferu był szkoleniowiec tureckiej drużyny - Szota Arveladze, który poszukiwał kreatywnego ofensywnego pomocnika. Amrabat rozegrał 54 spotkania w barwach PSV, wcześniej reprezentował VVV-Venlo.

Głośno mówi się o odejściu Manuela Almunii z Arsenalu do jednego z tamtejszych "gigantów". W ostatnich dniach pojawiły się także spekulacje na temat przetransferowania Milana Jovanovica z Liverpoolu do liderującego Trabzonu. Czy w styczniu będziemy świadkami kolejnych interesujących transferów właśnie w tym kierunku?

18:46, daniinter
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
     > > Napisz do mnie < <